środa, 26 stycznia 2011

George Herbert (1593–1633) "Umartwienie"



Jak wcześnie gnije życie ludzi!
Gdy z wonnych skrzyń wyjmuje się pieluszki cienkie
Dla noworodków, w których drobnej piersi
Dech się dopiero budzi -
Te szmatki są to całuny maleńkie,
Co spowijają ciało i wydają śmierci.


Gdy dziecko pierwszy raz wstępuje
Do łóżka, w dobrowolny swój grób się układa,
Obezwładnione snem; dech tylko w piersi
Wątłą nić życia snuje:
I noc za nocą, niby fal gromada,
Niesie dziecko pośpiesznie ku przystani śmierci.


Gdy młodzik, wesół i swobodny,
Muzyki się domaga wśród kompanii gwarnej,
I krew mu wzbiera w żyłach, a dech w piersi
Szerokiej i dorodnej -
Muzyka owa brzmi jak dzwon cmentarny,
Co mu kompanem będzie w porze jego śmierci.


Gdy mąż, stateczny i dojrzały,
Własny swój dom buduje, gdzie oczy rozumne
Maja oparcie, gdzie dech męskiej piersi
Wyznacza mu krąg stały -
Ów dom zamknięty przypomina trumnę,
Która będzie niebawem służyć jego śmierci.


Gdy starzec słabnie, siwą głową
Chyli się ku mogile i niby śnieg szary
Coraz to bardziej taje, topiąc w piersi
Każdy oddech o słowo -
Lektyka jego wygląda jak mary,
Na których trafi wkrótce do domostwa śmierci.


Człowiek, nim tego jest świadomy,
Zaczyna swój karawan w żałobę ubierać
I czyni to, aż wydrze mu się z piersi
Ostatni dech znikomy:
Wszelako, Panie, ucz nas tak umierać,
By wszystkie umierania były życiem w śmierci.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

SERCE




Błąkało się serce w światowej marności
Nie znalazło nigdzie gruntownej stałości

W Tobie samym o mój Boże zostało

Że się Tobą kontentuje przyznało


Idźcież precz ode mnie obłudy światowe

Już wam moje serce służyć nie gotowe

Już mnie więcej nie ciągnijcie do siebie

Bo afekty wszystkie moje są w Niebie


Dosyć mi już na tem żeś mnie oszukała

Pomylna pociecho żeś lata pobrała

Upłynęłaś z kwiatem wieku mojego

Zostawiwszy w sercu mola przykrego


Uleciały z próżnym dymem moje lata

Gdym najlepiej zażyć chciał lubego świata

Gdym w najlepszą chciał zażyć swobody

Oraz wszystkie uleciały wygody


Bodaj cię poznali co tu po mnie będą

Których jako i mnie łowisz złotą wędą

Bodaj się twa chytra zdrada wydała

A na wędę serc niewinnych nie brała.


Ja od ciebie uchodząc na podwoju twoim,

Piszę ten wiersz, że tu grano z sercem mojem

I już było głupio na grę stanęło

Ale gdy już zginąć miało zniknęło.


Już tedy me w Bogu ukontentowanie

już po świeckich plotkach błąkać się przestanie

Gdy me serce w miłość przywyknie

Słodkość Jego, aż na wieki nie zniknie. Amen

(tekst - Śpiewnik pelpliński,   muzyka - Janusz Prusinowski)

Życie

STYCZEŃ Sześć pierwszych lat żywota człowieczego Do Stycznia łatwo przyrównamy; przecie W słabościach mija czas miesiąca tego; Podobne jest mu sześcioletnie dziecię. LUTY Do sześciu dalszych lat- Luty podobny, Z którego końcem wiosna się zaczyna; Tu duch się kształci, nauce sposobny; Słodkie jest dziecię w wieku lat tuzina. MARZEC Marzec oznacza dalsze sześciolecie, Kiedy na wiosnę ruń zielona rośnie; Młodzieńce w wieku tym zwykli na świecie Zabawiać się beztrosko i radośnie. KWIECIEŃ Sześć dalszych lat- dwadzieścia cztery wiosny- Przedstawia wiernie Kwiecień niezrównany; W tym wieku człowiek wesół i radosny, Dla dam jest dworny; bywa zakochany. MAJ W miesiącu Maju świat kwitnie najświetnie'j; Zrównamy z nim kolejne sześciolecie, Albowiem każdy człek trzydziestoletni Jest w sile wieku i w natury kwiecie. CZERWIEC W Czerwcu dojrzewać zaczynają plony; Tak, kiedy już trzydzieści sześć lat zleci, Człowiek powinien sobie szukać żony, By zdążył troską otoczyć swe dzieci. LIPIEC Mądrości człek nie weźmie w posiadanie, Gdy w lat czterdzieści dwa jej nie posiada; Jego nadobność natenczas ustanie, Jak w Lipcu przekwitnięty kwiat opada. SIERPIEŃ W Sierpniu gromadzi się owoce ziemi; Tak człek przed swym czterdziestym ósmym rokiem Ma posiąść dobra, aby wesprzeć nie'mi Swą starość, co go ściga szybkim krokiem. WRZESIEŃ Dóbr wielkich posiąść więcej już nie zdoła, Kto w lat pięćdziesiąt cztery nie posiędzie; Skoro we Wrześniu pustą jest stodoła, Do końca roku pewnie pustą będzie. PAŹDZIERNIK Miesiąc Październik to sześćdziesiąt latek; Człek ma w tym wieku w dobra obfitować, Aby na strawę żony oraz dziatek Nie musiał trudzieć się ani pracować. LISTOPAD Gdy sześćdziesięciu sześciu lat dosięga, Zdaje się człek coś na kształt Listopada: Znędzniały, chory, słaby, niedołęga; Za dobroczynność wziąć mu się wypada. GRUDZIEŃ W miesiącu Grudniu rok się kończy; takoż Gdy siedemdziesiąt dwa mijają lata, Człek ma być gotów Odejść z tego świata. (za: J. Kowalski, A. i M. Loba, J. Prokop, Dzieje kultury francuskiej, W-wa 2007)

piątek, 21 stycznia 2011

Kiedy ogarnie nas jakieś nadmierne pragnienie...

1. Kiedy ogarnie nas jakieś nadmierne pragnienie, budzi się niepokój. Człowiek pyszny i chciwy nigdy nie zazna spokoju; ubogi i pokorny chodzi jakby w osłonie pokoju. Kto jeszcze w pełni nie umarł dla siebie, szybko poddaje się pokusom i ulega władzy małych i pospolitych rzeczy. Człowiek słabego ducha, jeszcze choć trochę cielesny i skłonny do zmysłowości, z trudem uwalnia się od ziemskich pożądań. I dlatego często pogrąża się w smutku, gdy usiłuje opanować swoje popędy, i łatwo popada w złość, gdy ktoś mu się sprzeciwi. 2. Jeśli zaś osiągnie to, czego pragnął, natychmiast zaczynają go dręczyć wyrzuty sumienia, że uległ, a przecież nie znalazł spokoju, którego szukał. Prawdziwy pokój serca może uzyskać ten, kto opanowuje popędy, nie kto im służy. Nie ma bowiem pokoju w sercu człowieka cielesnego, zwróconego na zewnątrz, lecz tylko w sercu człowieka żarliwego i uduchowionego. Tomasz à Kempis

środa, 19 stycznia 2011

x. Baka "Uwaga kary niezliczonej grzechów"

Jezus Maryja! co się to dzieje? Na dno piekielne kwapiąc się śmieję Śmiechem serdecznym. Z góry w dół lecąc, lotów nie ściskam. Na dardy, miecze skwapnie się ciskam, Zguba w ochocie! Haki, tortury i kołowroty Na kratach, resztach wieczne obroty, Ogniste stosy. Siarki, żywice, żarzyste spiże Dość mi miłe, gdy mi grzech serce liże, Ślepota wieczna! Śmiechu serdeczny, tyś mi chorobą Że już po życiu! żywą-ś jest proba, Rana śmiertelna. Recepty zmyślić nie trafią leki, Choćby pożarły setne apteki, Tu kres nadziei! Ciężkiś mój grzechu nader w sumnieniu Nielekka plama z ciebie w imieniu Z dawna szlachetnym. Sto herbów sławy nie kontentuje, Piątno niecnoty gdy pieczętuje. Złość nie do twarzy! Choćby cię skrucha stłukła, stłoczyła, Przecie pamiątka: złość w sercu była! Skaza na wieki! Tak są szkodliwe twe brudy, glozy. Łyka zdarte, jak świeże powrozy Serce krępują. Co moment, z pola dzień życia schodzi, Przecie ma dusza w ekscesach brodzi Złość z wodą pijąc. Choć tonie, ginie, "Gwałtu" nie woła, Moment, jak okręt pędzi wesoła W piekło styrując. Oprócz dusz klęski wszędy ruiny Wałem się sypią, z grzechu przyczyny Wędrowne kary, Zań latem upał, tuż srogość mrozów, Bez koni, wozów dojdą obozów W szyku stawając. Tam ludziom szyje podgolą Parki, Potym nadęte wież, zamków karki Na łeb strącają. Wnet się rozbłyszczą w murach wyloty, Gdy grzech wypali kule i groty Z pomsty możdżerzów. Z Marsem w kontr chodzi na bakier z pokojem, On trzęsie zgodą, on rządzi bojem, Wietrznik na wszystko. Niech pakta będą z kim chcąc zawarte, Wraz dokumenta staną podarte Za płytkim mieczem. On trwoży dwory, trzęsie pałace, Gdy mściwa pomsta we drzwi kołace, Trwoga w pokojach. Za stół zasiada, rwie kęsy z gęby, Dożuć nie dadzą, latając, zęby. Febra w jelitach. Choć się wiwaty zaczną po stole, Kielich z nóg spada, a oschłe wole Dręczy pragnieniem. Nie kontentują tam krotofile, Gdzie się przylepka rozgości niemile, Wszytko wywrotem. Niech się sonaty kapel wydadzą, Lub serenady, gale zgromadzą Wdzięczne opery, Niech się wysila metr kapelista, Zerwie myśl dobrą grzech kompanista Trenem wewnętrznym. Latem ogrody, oranżeryje. Flory, tulipy, róże, lilije Nie uweselą. Zimą przejazdki, brygad parady, W zapust kuliki, miłe szlichtady Czoło zakwaszą. Wszędy się wścibi ścisły kolega, Ból serce ściśnie, gdzie grzech dolega W parze z frasunkiem. Próżno myśl suszyć, nic nie rozbije Melancholiji, póki grzech żyje W wnętrznym pokoju. Kto by zamyślał siły stargane Na betach spowić w sny pożądane W bezsenne nocy, Sen o mil tysiąc oczu odbiega, Gdy na sumnienie trwoga nalega, Grzech jawny nie śpi. A któraż grzechu złość zliczy karta? Gdy i anioła zamienił w czarta A królów w wołu. Wielkie, bo w niebie grzechu rodziny, A pogrzeb w piekle, z pychy ruiny: Tak zawsze kończy! Ten łotr i tyran niebo skołatał. Ani swej dziury wiecznie załatał, Którą Lucyper Rozdarł dość twardej buty rogami W dół na łeb lecąc z adherentami, Tak profitował. Dość-że już w grzechach śmiechu, szaleństwa, Doda łaskawie niebo zwycięstwa, Vale bez zwrotu. Boska obraza brzydka maszkara, W której konwoju plaga i kara: JEZUS, MARYJA! Pod cetnarami duszę stroskaną Złości towarem naładowaną Na szlakach łaski W niebo winduje moc nieustanna, MARYJA, Józef, Joachim, Anna, JEZUS, MARYJA!